niedziela, 11 marca 2012

Emocjonalnie...

Ostatnio czytam książki bardzo poruszające emocjonalnie. "Kwiaty na poddaszu"V.C.Andrews pochłonełam w 1,5 dnia. Wstrząsnęła mną dokładnie.Oto ona:
Po tragicznej śmierci ojca w wypadku samochodowym czwórka rodzeństwa Dollangangerów i ich matka zmuszeni są szukać pomocy u dziadków. Ci niezwykle bogaci starzy ludzie, mieszkający w ogromnym domu, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zamieszkuje w pomieszczeniach na poddaszu, których nigdy nie opuszcza; jedynie matka jest łączniczką między nimi a światem. Dzieci żyją w strachu i niepewności, a zapowiadany przez matkę i babkę moment ujawnienia ich obecności nie nadchodzi. Odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu grozy i zła, których istnienia nawet się nie domyślali...[LC], stron 345.

Jakie wywarła na mnie wrażenie?Sam wątek uwięzienia dzieci na poddaszu wzbudza zainteresowanie.Na początku i ja mogłam zrozumieć matkę, że tak czyni z uwagi na stosunek jej ojca do dzieci.Ale potem? Po przeczytaniu książki mogę stwierdzić, że matka zawsze była taka sama.Tylko dzięki mężowi dawała radę utrzymywać rodzinę, bo wychowano ją na kobietę, która powinna jedynie znać wszelkie zasady etyki w wyglądzie i zachowaniu w towarzystwie. Pieniądze były jedynym źródłem które mogły dać szczęście. Miłość była tylko złudnym uczuciem, dodatkiem dostatniego życia. Aby pozbyć się problemów, była skłonna żyć w kłamstwie nawet do końca swoich dni, bo była przekonana że dzieci też uda się pozbyć, nawet kosztem ich życia. Czy normalna matka nie powinna walczyć o własne dzieci do samego końca?Czy wychowana w rodzinie fanatyków religijnych, ale sprzeciwiająca srogim rodzicom nie powinna do końca walczyć o swoje?Biednie ale razem, czy nie o to chodzi w miłości?
W pewnym momencie ma się wrażenie trzasnąć tą książką o ścianę, bo w sumie jak tak można?Albo nie.Chce się po prostu wykrzyczeć i samemu przyłożyć w twarz i matce i babci za tak okrutne postępowanie.Przecież szkoła rzekomo ucząca maszynopisania była tylko wymówką w poszukiwaniu rozrywek i kandydata na męża, a dawanie prezentów tylko łataniem swojego poczucia winy.I czy ono w ogóle istniało? Nie mam współczucia dla matki i babki.Współczuje jedynie dzieciom, które przez to przeklęte poddasze musiały doznać tak wielu upokorzeń, tak bardzo kochających ślepo matkę, że żyli w zasadzie cały czas w niewiedzy.To, co doznawały dzieci wśród swoich rówieśników w szkole, oni jako rodzeństwo sami musieli to odkryć między sobą.
Jedyną ulgę jaką odczułam na końcu książki to ucieczka, może nie do końca bo może rozgłosiłabym tą całą sprawę. Ale czy miłość i więź jaka łączyła rodzeństwo, warte było odkrycia prawdy przez media i być może kolejnej rozłąki?
Książka napisana prostym językiem, także szybko się czytało.Wątek jak najbardziej wciągający.Postacie fikcyjne, ale tak realistycznie opisane iż czuło się jakby było się jedną z nich.Polecam książkę i czekam na kolejną opisującą dalsze losy rodzeństwa "Płatki na wietrze"...

PS.Mam nadzieję, że nie będzie źle jeśli umieszczę dopisek SZwB, bo może nie typowy kryminał ale porusza wątek tajemnicy rodzinnej, przysłowiowej zbrodni i  kary.

3 komentarze:

  1. Pierwszy raz tę książkę przeczytałam bardzo dawno temu, byłam za młoda i nie było wtedy tak nagłaśnianych spraw wykorzystywania dzieci, wstrząsnęła mną do głębi...wróciłam do niej niedawno, inne czasy, ja już jestem dorosłą, matką ale ta książka tak samo na mnie zadziałała jak wtedy kiedy miałam naście lat:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka faktycznie zapowiada się bardzo ciekawie. Przyznam, że dzięki Twojej recenzji po raz pierwszy o niej usłyszałam :)

    P.S. Dziękuję za zgłoszenie do konkursu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam Ewo! Czy Edward do Ciebie już dotarł?
    Pozdrawiam Natalia

    OdpowiedzUsuń